Zaburzenia odżywiania – moja historia

Pisanie tego artykułu było dla mnie ogromnie wyczerpujące emocjonalnie. Musiałam robić sobie przerwy bo zalewałam się łzami, wracając do przykrych wspomnień, o których starałam się nie myśleć. Przegrzebałam cały swój dotychczasowy życiorys i wyciągnęłam wszystko to, o czym wiele osób z mojego najbliższego otoczenia prawdopodobnie nie wie. Zaburzenia odżywiania, wieczna walka z nadprogramowymi kilogramami, niezliczone diety i olbrzymie efekty jojo – to tylko część tego, co tu przeczytacie.

Będzie o obsesyjnym myśleniu o jedzeniu, kompulsywnym objadaniu się i epizodzie z bulimią. O wzlotach, upadkach i o tym, jak w końcu odzyskałam wolność i polubiłam siebie taką, jaką jestem.

Szkoła podstawowa

Zaczęłam dojrzewać, a moje ciało zaczęło się zmieniać. Urosły mi piersi, zaokrągliły biodra, miałam masywne uda. Na tle moich koleżanek z klasy, byłam po prostu kluską. To jednak nie przeszkadzało mi w byciu lubianą. Temat wyglądu w tamtym czasie, nie miał dla nas żadnego znaczenia. Do czasu.

Pewnego dnia, na lekcji WF-u biegaliśmy na 60 m. Miałam dużo słabszy czas od moich koleżanek. Nie byłam jednak najgorsza, dlatego zrobiło mi się strasznie przykro, gdy nauczyciel krzyczał do mnie, że biegam wolniej niż Jego babcia. Nie umiałam rzucać piłeczką palantową, ani lekarską – co było świetną okazją do tego, by mi znowu dokopać.

Całkiem nieźle skakałam jednak w dal i byłam dobra w skokach przez kozła. Byłam też rozciągnięta dużo bardziej niż moje rówieśniczki i świetnie radziłam sobie z ćwiczeniami koordynacyjnymi. Niestety zamiast pochwały, z ust nauczyciela słyszałam tylko teksty w stylu: powiem Ci tak – mistrzostwa w lekkoatletyce to Ty na pewno nie zdobędziesz, ale jak na Ciebie to i tak cud, że dałaś radę. 

Nauczyciel dręczyciel

Dobrze się uczyłam i lubiłam chodzić do szkoły. W wybrane dni tygodnia, zaczęłam jednak cierpieć na potworne bóle brzucha i głowy. Jakby tego było mało, czułam ucisk w klatce piersiowej i miałam wrażenie, że za chwilę zabraknie mi powietrza. Szybko zrozumiałam, że to stres związany z nadchodzącymi lekcjami WF-u. Bałam się, że nauczyciel znowu będzie mi dokuczał, a ja tego nie wytrzymam i rozpłaczę się przy całej klasie.

Z czasem zaczęłam unikać lekcji WFu. Wykręcałam się niedyspozycją z powodu miesiączki i wymyślałam kolejne powody, które wykluczały mój udział w lekcji. Stłuczona ręka, skręcona kostka, zatrucie pokarmowe, migrena, a także udawane faule na boisku, albo brak stroju sportowego i wiele innych, których już dziś nie pamiętam. To tylko pogorszyło sprawę bo koleżanki z klasy coraz częściej dopytywały, dlaczego znowu mnie nie było i zaczynały dokuczać mi tak samo, jak nauczyciel.

Wielokrotnie podejmowałam próby uczestniczenia w tych lekcjach. Zaciskałam zęby, udawałam, że nie słyszę tekstów nauczyciela i robiłam swoje – lepiej lub gorzej. Byłam wzorową uczennicą, nie chciałam problemów i naprawdę lubiłam ćwiczyć.

Niestety, im bardziej ja się zacinałam i wyłączałam, tym mocniej nauczyciel mi dowalał. Gdy biegałam, komentował mój duży, falujący biust. Gdy upadłam, żartował, że grawitacja pokonała mój wielki tyłek. W efekcie cała klasa śmiała się z Jego tekstów, a ja nie mogłam znieść upokorzenia.

Żeby tego uniknąć, zaczęłam opuszczać wszystkie lekcje, które wypadały w tym samym dniu co WF. Włóczyłam się wtedy po mieście, oglądałam na wystawach chude manekiny ubrane w obcisłe sukienki i przysięgałam sobie, że ja też kiedyś takie ubiorę. Chwilę później zjadałam trzy tabliczki czekolady na raz, mając nadzieję, że to ukoi mój smutek i żal. Ale po tym przychodziły jedynie wyrzuty sumienia i wstręt do samej siebie. Zafiksowałam się na tym, że muszę schudnąć do tego stopnia, że szkoła przestała się dla mnie liczyć. Zaczęłam wagarować na potęgę, wprawiając w zdumienie rzesze nauczycieli.

Z normalnej, uśmiechniętej dziewczyny, stałam się totalnie pogubioną nastolatką z kompleksami. Próbowałam się odchudzać na wszelkie możliwe sposoby. Wychodziłam z domu do szkoły, ale do niej nie docierałam. W zamian za to, biegałam po parku do utraty tchu, albo chodziłam tak długo, aż nogi odmówiły posłuszeństwa. Potrafiłam nie jeść nic tylko po to, by na wieczór objadać się do bólu brzucha.

Lata w liceum i późniejsze

Cieszyłam się, gdy waga wskazywała kilka kilogramów mniej i wściekałam, gdy tylko poczułam głód. Jednego dnia się głodziłam, drugiego obżerałam tym, co miałam pod ręką: ogórki kiszone, dżem, czekolada, ciastka, a na koniec śledzie. Po wszystkim znowu ogromne wyrzuty sumienia i prowokowanie wymiotów. Raz, drugi, kolejny. Gdy już przełamałam obrzydzenie, zaczęłam to robić regularnie. Nawet kiedy nie chciałam, musiałam zwymiotować. Bez tego mój organizm zaczynał wariować i wszystko mnie bolało. Byłam mistrzynią w ukrywaniu choroby. Najtrudniej było w szkole, gdy po długiej przerwie, którą spędzałyśmy w szkolnym bufecie, rzygałam w szkolnej toalecie, a koleżanki były tuż obok. 

Byłam przekonana, że to działa bo sporo schudłam (w domu pojawił się komputer i tak się wkręciłam w internety, że nie myślałam o jedzeniu). Dopiero trzy lata później zrozumiałam, że to bulimia.

Zgłosiłam się do poradni psychologiczno-pedagogicznej, ale odesłali mnie z kwitkiem – nikt się bowiem w naszym mieście nie zajmował zaburzeniami odżywiania. Skierowano mnie do psychiatry, który mógł mi jedynie przepisać jakieś leki, a ja nie tego oczekiwałam. Nieco bardziej pomogła mi rozmowa ze szkolnym psychologiem, na której się popłakałam i całkowicie rozsypałam.

Postanowiłam zawalczyć o normalne życie i stawić czoło chorobie. Dowiedziałam się, że już zawsze będę bulimiczką i długo nie mogłam się z tego otrząsnąć bo brzmiało to jak wyrok. Nawet, jeśli będzie mi się wydawało, że jestem zdrowa – nawrót może pojawić się w każdej chwili, gdy tylko stracę czujność. To trochę tak, jak z alkoholizmem.

Zamykałam się w domu, nie miałam ochoty na spotkania, a chwilami nawet na życie. To mnie wyniszczało i destrukcyjnie wpływało na moje relacje z otoczeniem. Kiedy zaczęły pojawiać się myśli samobójcze, byłam autentycznie przerażona. Wtedy, bardzo mocno zaangażowałam się w internetowy projekt Orexis (znaczy: łaknienie, apetyt), którego celem było uświadomienie młodym ludziom, jak bardzo niebezpieczne są zaburzenia odżywiania. We współpracy z psychologami, pisaliśmy artykuły o tym, jak rozpoznać zaburzenia odżywiania, jak z nimi walczyć i jak przeżyć. Nagle okazało się, że nie jestem sama. Takich jak ja, było więcej.

Obok anorektyczek i bulimiczek, były ortoreksyczki – dziewczyny, które miały totalną obsesję na punkcie właściwego odżywiania. Wspierałyśmy się nawzajem i prowadziłyśmy szeroko zakrojoną akcję uświadamiającą. Projekt w końcu upadł, ale cała akcja, była swego rodzaju terapią. Dzięki wielu spotkaniom online, rozmowom z psychologami i dietetykami, udało mi się przejść przez najtrudniejszy okres mojego życia. Jednak to, że przestałam jeść i prowokować wymioty, nie znaczyło, że moje życie wróciło do normalności.

Olbrzymi efekt jojo po kilku drastycznych dietach.

Nadal przejmowałam się nadprogramowymi kilogramami, Próbowałam cieszyć się tym, co jem, ale to było cholernie trudne, gdyż po jedzeniu zawsze miałam wyrzuty sumienia, które próbowałam zagłuszyć… jedzeniem. Non stop myślałam o jedzeniu. Nie byłam w stanie się na niczym skupić i pożerałam wzrokiem każdego, kto przy mnie cokolwiek jadł.

Czego ja nie próbowałam: dieta kopenhaska, dieta 1000 kcal, na której wytrzymałam miesiąc, diety sokowe, a po wszystkich olbrzymi efekt jojo. Później była słynna dieta Dukana, o której dowiedziałam się od mojego przyjaciela.  Schudłam na niej 30 kg w ciągu 5 miesięcy i byłam z siebie cholernie dumna! To była naprawdę spektakularna przemiana. Zmieniłam fryzurę (bo wskutek diety strasznie przerzedziły mi się włosy) i pierwszy raz od bardzo dawna, naprawdę podobało mi się to, co widzę w lustrze. Niestety waga stopniowo zaczęła rosnąć i chociaż nadal ćwiczyłam, o kontynuacji diety nie było mowy bo nie mogłam patrzeć na jajka, jogurty i twarogi.

Przed dietą Dukana, pół roku później i trzy lata później.

Zaczęłam się biczować, byłam na siebie zła, wyrzucałam sobie, że znowu zawaliłam, że jestem słaba i skazana na bycie grubą. Okresy zajadania się słodyczami, przeplatały się z okresami zdrowego odżywiania. Nieregularne posiłki, dni bez jedzenia, objadanie się na noc. Wszystko to, doprowadziło do tego, że mój organizm całkowicie się rozregulował. Pojawiały się infekcje dróg moczowych, często się przeziębiałam, cierpiałam na hiperprolaktynemię. Tyłam, chociaż jadłam mało, miałam problemy z wypróżnianiem i generalnie źle się działo. Potem chudłam, a później znowu tyłam…i tak przez kolejne lata.

Zaburzenia odżywiania. Tyję, chudnę, tyję chudnę...

Kiedy zaszłam w ciążę, przytyłam jeszcze bardziej. Burza hormonów plus przytyki plus pielęgniarka, która za każdym razem opieprzała mnie, że za dużo przytyłam od ostatniego razu, raczej mi nie pomagały. Pół roku po porodzie, postanowiłam wrócić na fitness, nim się jednak zdecydowałam na powrót, zaczęłam ćwiczyć w domu. Miesiąc później poszłam na fitball i wciągnęło mnie na dobre. Kiedy ćwiczyłam, starałam się odżywiać racjonalnie bo szkoda mi było tych godzin wypoconych na sali. Gdy nie mogłam iść na trening, czułam się źle i zajadałam smutek czekoladą. Treningi sprawiały mi frajdę, sięgałam po coraz to inne aktywności, żeby sprawdzić w czym czuję się dobrze. Wszystko mi się podobało, lubiłam różnorodność.

Później dowiedziałam się, że mój tata ma cukrzycę typu II i się przestraszyłam, gdyż to samo miał mój dziadek. Przy mojej skłonności do otyłości, miałam świadomość, że jestem w grupie ryzyka. To skłoniło mnie do wizyty u dietetyka. Czułam, że dam radę. Miałam córkę, miałam dla kogo walczyć. Chciałam być zdrowa i sprawna, żeby móc się z Nią bawić bez zadyszki. Schudłam 15 kg i bardzo się cieszyłam bo to był okres w którym moje relacje z jedzeniem zaczynały wyglądać normalnie. 

Kolejny kryzys przyszedł, gdy moja córka trafiła do szpitala z zapeleniem płuc, a później podejrzeniem guza. Wszystko przestało mieć znaczenie. To co jem, również. Wróciłam do złych nawyków sprzed diety. Podczas kolejnej wizyty u dietetyczki okazało się, że przytyłam. Zmieniła mi dietę na mniej restrykcyjną, ale nie byłam w stanie w niej wytrwać. Poniosłam porażkę na całej linii. Czułam, że zawiodłam, więc odwołałam kolejną wizytę i już nigdy więcej tam nie wróciłam. Nie przestałam jednak chodzić na fitness. Gdy tylko mogłam, chodziłam na treningi – czasem nawet dwa razy dziennie: spinning, step, trampoliny, tabata, zumba cardio i pilates. Uwielbiałam ćwiczyć. Nadal uwielbiam.

Najwięcej komentarzy i uwag na temat mojej wagi, doświadczyłam ze strony moich bliskich. Domyślam się, że wynikały one z troski, ale wolałabym, żeby ktoś w tamtym czasie potraktował mój problem serio i zaczął działać. Tymczasem dziadek, w tajemnicy przed babcią przemycał dla mnie słodycze. Babcia podczas świąt namawiała mnie do jedzenia bo przecież „nic się nie może zmarnować”, a potem komentowała, że przydałoby mi się pobiegać wokół bloku. Czułam się źle we własnym ciele, nie akceptowałam go. Chowałam się pod zbyt wielkimi ubraniami i wydawało mi się, że nikt nie będzie w stanie mnie polubić.

Przełomowy moment

Tymczasem, wbrew pozorom, miałam wokół siebie mnóstwo cudownych ludzi, których często trzymałam na dystans bo nie chciało mi się wierzyć, że mogą chcieć się przyjaźnić z kimś takim jak ja. Nigdy nie narzekałam na brak powodzenia i chociaż wszyscy próbowali wmówić mi, że takiej grubaski nikt nie zechce, byli tacy, którym to ja złamałam serce.

Postanowiłam nieco zmienić podejście do życia i wyszłam do ludzi. Ze wszystkimi nadprogramowymi kilogramami i najpiękniejszym uśmiechem, na jaki było mnie stać. Nie potrafiłam schudnąć, więc zaczęłam traktować swoje ciało z dystansem. Nauczyłam się z siebie śmiać, żartowałam ze swojego wielkiego tyłka i obwisłych bicepsów, odbierając jednocześnie wszystkim „życzliwym” broń, którą mogliby mnie zaatakować. Bo skoro śmiałam się sama z siebie, to ich uwagi raczej nie zrobiłyby na mnie wrażenia.

I doskonale pamiętam dzień, w którym całkiem sama wyszłam na pusty parkiet bo z głośników popłynęły dźwięki  AC/DC – „You shook me all night long”. To był absolutnie przełomowy moment. Nagle zrozumiałam, że mam gdzieś, co pomyślą sobie o mnie ci wszyscy piękni ludzie. Uwielbiałam tańczyć, ale nie chciałam się z tym ukrywać w domu. Miałam ochotę tańczyć, tu i teraz. Skakać, kręcić się i szaleć do utraty tchu, więc wstałam i to zrobiłam. A potem cała sala biła brawo. Bo byłam autentyczna, nie udawałam kogoś, kim nie jestem i czerpałam prawdziwą radość z tej właśnie chwili. To było moje małe zwycięstwo.

Samoakceptacja

Mogłabym płakać nad rozlanym mlekiem, użalać się nad tym, że przez cudze oczekiwania, zmarnowałam najlepsze lata swojego życia próbując zmienić to jak wyglądam, by wpasować się w czyjeś chore standardy. Mogłabym, tylko po co? 

Dzisiaj ponad szczupłą sylwetkę o której pewnie nigdy nie przestanę marzyć i której pewnie nigdy nie osiągnę, cenię sobie własne zdrowie i komfort psychiczny. Nie jem wysoko przetworzonych produktów, w mojej kuchni jest dużo owoców i warzyw. Staram się jeść regularnie i unikam słodyczy. Bywa jednak, że ulegam pokusie i zjadam czekoladę czy garść solonych orzeszków lub paczkę chipsów. Bardzo rzadko, ale jednak. Nie biczuję się już i nie wylewam na siebie wiadra pomyj. Przechodzę nad tym do porządku dziennego i jem zdrowy obiad lub odpuszczam kolację. 

O zdrowym odżywianiu wiem wszystko. Wiem, jakie popełniałam błędy na przestrzeni tych wszystkich lat. Jakie zdarza mi się popełniać nadal. Wiem też, że jestem uzależniona od cukru i jest to nałóg, z którym cały czas próbuję walczyć, z różnym skutkiem. Daję sobie więcej luzu bo jestem tylko człowiekiem. Chodzę na fitness, albo ćwiczę w domu. Nie lubię biegać bo mnie to nudzi, ale gdy nie ma wyjścia, każdy rodzaj aktywności jest spoko.

Bywa, że zalegam na kanapie lub spędzam długie godziny przed komputerem bo wciągnął mnie kolejny projekt. Niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy tego nie robi i kto zawsze ma ochotę ruszyć cztery litery, żeby poćwiczyć.

Ktoś, kto spojrzy na mnie z boku, może powiedzieć: o grubaska, pewnie tylko leży na kanapie, obżera się chipsami i popija colę. Mam to gdzieś. To on ma ze mną problem, nie ja. Czasem chciałabym tylko powiedzieć: ja znam swoją wartość, mam wiele do zaoferowania światu, potrafię cieszyć się tym co tu i teraz, uśmiecham się do siebie w lustrze. Jestem szczęśliwa, taka jaka jestem. Czy Ty możesz o sobie powiedzieć to samo?

Ci, którzy mnie znają, widzą we mnie coś więcej niż tylko zwały tłuszczu. Dla nich ważne jest to, jaka jestem. To, że potrafię słuchać, jestem empatyczna, mam poczucie humoru i jestem mistrzem ciętej riposty. Owszem, jestem nieśmiała, jestem introwertyczką, ale non stop próbuję wychodzić ze swojej strefy komfortu, czego dowodem jest ten tekst – szczery do bólu, niezwykle intymny i cholernie bolesny.

Kiedyś totalnie nie akceptowałam samej siebie. Dziś śmiało mogę powiedzieć, że lubię siebie i wierzę, że Ty też możesz się polubić. Piękno jest w każdym nas, bez względu na rozmiar czy wagę. Szkoda, że tak późno to zrozumiałam.


Jeśli poruszył Cię mój tekst lub chcesz podzielić się swoją historią, zostaw komentarz lub wyślij mi maila: poczta@ohmydot.pl.


Znajdziesz mnie również na Facebooku i Instagramie.

Leave a Reply

Close